Z tym Czerwonym Klasztorem to mieliśmy rachunek do wyrównania. Ostatnim razem Słowacy rozkopali na drogę i nie chcąc rozkręcać międzynarodowej afery za namową Pani Konefał część trasy pokonaliśmy szlakiem pieszym. Nie było to ani mądre ani rozsądne. Ale wtedy byliśmy młodzi i silni. Jakoś się udało z tymi rowerami po szlaku. Tym razem poszło gładko. Wymodlona pogoda i mocny skład praktycznie gwarantował sukces. Czy wszyscy dotarli do celu? Powiem tak na wiosnę musimy tu wrócić 🙂








