Początek dnia upłynął pod znakiem walki z opornym sprzętem i pierwszych lekcji, gdzie styl „na zbłąkaną owieczkę” powoli zamieniał się w profesjonalny szus pod okiem instruktora. Pomiędzy efektownymi zjazdami (i jeszcze bardziej spektakularnymi lądowaniami w zaspach) znaleźliśmy czas na obowiązkowe sesje zdjęciowe, bo widoki z Kiczera Ski były bajkowe. Energię do finałowych zjazdów przywrócił dopiero konkretny obiad i ciepła herbat, po którym nawet najbardziej zmęczone nogi odzyskały moc do walki z grawitacją aż do ostatniego gwizdka.
Puławy, było warto! Do zobaczenia na następnym wyjeździe – obiecujemy, że tym razem grawitacja będzie miała z nami jeszcze trudniej!






